Menu
Kolarstwo / Wyprawy rowerowe

Rowerem po kaszubskich szosach część 2: Bory Tucholskie

Po pierwszej kaszubskiej pętli pojawił się lekki niedosyt. Raz, że pogoda na początku nie dopisała a dwa, że trasa zwyczajnie nie porwała. Łatwo się nie poddaję, dlatego postanowiłam zaatakować Kaszuby po raz drugi dając im drugą szansę planując drugą kolarską pętlę, tym razem udając się w Bory Tucholskie. 

Na te okolice namówiła mnie, uwaga… mama. Okolice Borów Tucholskich, a dokładnie wieś Kosobudy to miejsce, z którego pochodzi moja babcia. Wytyczyłam trasę w taki sposób, żeby poznać ziemię dziadków i odwiedzić miejsca, w których wakacje w dzieciństwie spędzał mój tata. Podróż ta więc nie miała jedynie na celu przejechania się ciekawą trasę, ale przede wszystkim stanowiła dla mnie wartość sentymentalną.

Ruszyłam z Chojnic w kierunku miejscowości Charzykowy, w której zaczyna się przepiękne jezioro o tej samej nazwie. Widok tego jak i innych jezior będzie mi towarzyszył jeszcze przez dłuższy czas. W miejscowości o urokliwych nazwach Małe Swornegacie i Swornegacie minęłam jezioro Karsińskie, a stamtąd w Drzewiczu na terenie Zaborskiego Parku Krajobrazowego przejechałam mostem na jeziorze Dybrzk.

Oprócz mijanych rozległych jezior, które pięknie mieniły się w powoli zachodzącym już słońcu w Borach Tucholskich jak sama nazwa wskazuje będą towarzyszyły Wam drzewa – piękne przeważnie sosnowe, ale nie tylko sosnowe lasy. Uwierzcie, zapach tej sosny mam w nozdrzach do dziś. I właśnie przejazdy przez te przepiękne tucholskie lasy zrobiły na mnie największe wrażenie. Spokój, cisza, praktycznie zerowy ruch samochodowy, dzień chylący się końcowi, zapach sosny i przyroda, która w maju dopiero rozkwitała, mieniła się najpiękniejszym wg mnie odcieniem świeżej zieleni i te niesamowite szosy przecinające puszczę.

Oczywiście odwiedziłam również rodzinną wieś babci i skierowałam się do Czerska. Z Czerska do Chojnic chcąc uniknąć głównej, mało ciekawej i ruchliwej drogi… zabłądziłam w lesie 🙂 Ale zgodnie w towarzyszącą mi zwykle myśl “ahoj przygodo” nie wyciągałam GPS-a tylko pozwalałam się prowadzić drogą dopóki była pokryta asfaltem. Koniec końców asfalt się skończył więc musiałam zawrócić i jednak pogodzić się z faktem powrotu główną drogą.

Uważam, że była to najciekawsza przejechana stówka i z czystym sercem mogę polecić tę traskę do miłej rekreacyjnej przejażdżki, podczas której chcecie aktywnie odpocząć, a nie się ujechać. Podjazdów tyle co kot napłakał czyli niewiele – płasko, cicho, spokojnie, zielono, spokojnie, zielono i cicho 🙂 Głowę można fajnie przewietrzyć, a oko nacieszyć pięknymi widokami na lasy i jeziora.

No Comments

    Leave a Reply